WARSZTATY TWÓRCZEGO PISANIA – EPILOG Drukuj
Wpisał Maria Tyws   
Środa, 18. Listopad 2009 20:40
406_pisanie


10 spotkań x 2 godziny = 20 godzin.
Czy to wystarczy, aby nauczyć się dobrze pisać?
Pewno nie.
Czy to wystarczy, aby zostać pisarzem?
Na pewno nie!
Czy to wystarczy, aby ludzie się polubili oraz miło i pożytecznie spędzili czas?
Na pewno tak!

Przedstawiamy kilka tekstów autorów zainspirowanych uczestnictwem w warsztatach prowadzonych przez Dariusza Pawlickiego w czerwcu i lipcu 2009 roku. Jeden z nich ma charakter autotematyczny – “Mirosław” komentuje samą ideę  warsztatu.


“MIROSŁAW”
KURS PISANIA

Słowa ładne?!
brzydkie?!
Twórcze?!
Nie pisz, nie mów:
co tobie,
jemu,
niemiłe.

Zaśpiewaj!
zachwycaj!
Zamyślaj!


Oprócz “Mirosława” swoje teksty prezentują:
Aleksandra Kotala
Arkadiusz Nowak
Ewa Wojtków


ARKADIUSZ NOWAK

BEZSENNI

Z różnych powodów nie uśmiercają
ciała po dezercji słońca
jednak czasem gryzą spocone stopy
strząsają nieprzespane myśli z ubrania
niezapominajki po spłoszonej nocy
a ich snów kołowrót utraconych
mocują w ostatnim rzędzie kina
na seansie dla niewyspanych



ALEKSANDRA KOTALA

WŁÓCZKA

Zegar słoneczny na wieży ratusza wybił dwunastą. Po schodach, w kierunku przejścia podziemnego, powoli schodziła siedemdziesięcioletnia kobieta. Przed nią, sprężystym krokiem, szedł student, pomagając jej nieść wypełnione czymś wiaderko. Położył je pod ścianą i z uśmiechem pożegnał się ze staruszką.
Starsza kobieta z trudem pokonała ostatni schodek i stanęła pod ścianą, tuż obok wyjścia prowadzącego na przystanek tramwajowy. Z niebieskiego wiadra wyjęła stare, pomięte gazety, które rozłożyła na ziemi. Następnie wysypała różnobarwne motki wełny i małe pakunki, układając je w rzędzie, jak na wystawie. Odwróciła pojemnik do góry dnem  i usiadła na nim z westchnieniem.
Od dwunastu lat codziennie przemierzała tę samą drogę do pracy pod przejściem. Minęło ją więcej ludzi niż przeżyła godzin. Przez jej domowym sposobem farbowane włosy, prześwitywały już od dawna siwe pasma. Okrągłe okulary zjeżdżały na sam czubek nosa, gdy pochylała głowę, by nabrać oczka na druty. Zręcznie chwytała zimny metal w zgrubiałe palce dłoni. Pracę przerywała tylko wtedy, gdy ktoś ją o coś zapytał lub akurat skończyła jej się włóczka.
Wśród barwnych pakiecików pod jej stopami leżały kilkucentymetrowe buciki dla niemowląt ze śnieżnobiałej angory, a dla nieco większych kaszmirowe, różowe cuda. Obok, cieszące się dużą popularnością, pantofle w szkocką kratę i gładkie, z wyszywanymi paciorkami. Wszystkie starannie wykończone i dokładnie zszyte.
Przechodnie przyzwyczaili się do widoku babki i omijali ją bez zainteresowania. Spieszyli do swoich codziennych, szarych spraw, gdzie nie było miejsca na cieszące wzrok, barwne bibeloty.
Wełniane kapcie przyciągały jedynie uwagę turystów. Z naręczami pamiątek przystawali koło kolejnej, jakże niezwykłej atrakcji. Uśmiechali się do kobiety, szeptali coś do siebie w niezrozumianym dla niej języku, by następnie zrobić jej zdjęcie najnowszym modelem aparatu cyfrowego. Następnie szli dalej, zapominając szybko o napotkanych handlarzach.
Pewnego dnia o północy, gdy babka zbierała się już do domu, zatrzymał się obok niej wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Pachniał drogimi perfumami i pieniędzmi. Przez chwilę mierzył kobietą wzrokiem w milczeniu, po czym rzekł:
- Po ile te buciki?
- Dziesięć złotych para.
- Co tak drogo?
- Bo nawet towarzystwo dzisiaj kosztuje.



ALEKSANRA KOTALA

ZŁOM

Świtało. Jasne promienie wdzierały się przez zasłonięte firanki. Chrzęst gniecionych puszek obudził mieszkańców osiedla. Ulicą powoli szedł Rumun, pchając przed sobą wózek pełen rupieci. Jego ciemna skóra odznaczała się na tle jasnej, ubrudzonej olejem koszuli. Gęste brwi zasłaniały mu oczy, a szorstka twarz tęskniła za ostrzem żyletki. Głębokie zmarszczki poorały jeszcze młodą skórę.
Przez całe swoje dorosłe życie codziennie zatrzymywał się przed domostwami. Podchodził tylko do tych śmietników, przed którymi ludzie coś dla niego zostawili. Starał się nie być nieproszonym gościem.
Pod koniec dnia zwoził sprzęty do skupu, gdzie nikt nie pytał: kto? skąd? Tylko ważyli  i wypłacali marne grosze, często mówiąc z udawanym smutkiem o nadchodzącym spadku cen. Wtedy zbieracz złomu z opuszczoną głową i lżejszą kieszenią żegnał cicho handlarza  i pchał dalej przed sobą wózek życia. Coraz cięższy.
W drodze do swojej zniszczonej kamienicy mijał eleganckie bloki. Ich mieszkańcy szczuli go psami, a dzieci wykrzykiwały wyzwiska. Przecież to tylko Rumun – mówili zdziwieni rodzice na usprawiedliwienie swoich pociech.
Kiedy wreszcie dotarł do domu, czwórka jego dzieci spokojnie bawiła się z kotem we wspólnym pokoju. Puszczały mu po podłodze kłębek wełny, i gdy już prawie zwierzątko dosięgało go łapką, szybko mu go zabierały. Przecież to tylko kot.
Przy kuchennym stołem stała żona zbieracza. Nagle odwróciła twarz od okna i drżącą ręką podała mężowi białą kopertę. Nie umiała czytać, dlatego z pocztą zawsze czekała na jego powrót. Mężczyzna powoli rozdarł papier, przebiegł oczami krótki tekst i przeczytał:

Nakaz eksmisji w trybie natychmiastowym.
Dom do rozbiórki.

Mocno przytulił żonę. Jego gruba łza spadła na kartkę, rozmazując kilka liter z pisma.



ALEKSANRA KOTALA

DEKALOG.
PO SZÓSTE: NIE CUDZOŁÓŻ.


- Antek, pani Danusia dzwoniła, jej córka rodzi! Idę pomóc. Obiad macie w lodówce, odgrzejesz? Przypilnuj Andżelę, niech odrobi lekcje – matka wyrzuciła z siebie kilka poleceń i wybiegła z mieszkania. Jej starszy brat, u którego teraz mieszkała z córką, bardzo jej pomagał. Po śmierci ojca trzynastoletniej Andżeliki świat się zawalił, środków do życia też brakowało.
Czterdziestoletni Antek zlustrował wzrokiem zawartość lodówki, po czym zamknął ją i mruknął do siebie: a może by tak deser...
Przemierzył szybkim krokiem ciemny korytarz i wszedł do pokoju siostrzenicy. Chuda blondynka siedziała po turecku na łóżku. Ze słuchawkami w uszach przeglądała jakieś młodzieżowe kolorowe pismo. Nie usłyszała wejścia wuja, dlatego tym bardziej była zaskoczona, gdy wyłączył jej muzykę.
- Wujek, słucham Britney, coś się stało? – brat jej mamy wyglądał jakoś dziwnie, sapał  i miał rozbiegane oczy. Bez słowa zbliżył się do jej łóżka i zrzucił z niego wszystko. Andżelika nie wiedząc, co się dzieje, zaczęła zbierać leżące na podłodze przedmioty.
On jednak nie pozwolił jej tego zrobić, złapał ją mocno za nadgarstki, rzucił dziewczynę na łóżko i przygniótł ją swoim ciałem. Chciała krzyczeć, odepchnąć go, lecz nie miała na tyle siły. Swoją wielką owłosioną ręką zatkał jej usta i zaczął ją rozbierać. Nie interesowały go jej małe, dziecinne jeszcze piersi. Zerwał z niej spodnie i majtki, sam zaś rozpiął sobie rozporek. Jego męskość już wyrywała się na światło dzienne i ku przerażeniu dziewczyny była ona wymierzona w nią. Gwałtownie wtargnął w jej wnętrze, zaspokajając swoje przedobiednie żądze. Trwał kilka minut w ekstazie, po czym pozostawił dziecko w plamie krwi na łóżku i wyszedł z jej pokoju. Andżelika nie była w stanie o własnych siłach podnieść się. Była w szoku i leżała tak aż do powrotu matki, wpatrując się w sufit.

- Antek, Andżela, już jestem! Przyniosłam kawałek tortu, pani Danusia ma piękną, zdrową wnuczkę. Gdzie jesteście? – matka skierowała się najpierw do kuchni, skąd czuła straszny chłód. Dwa okna były otwarte, a na parapecie stał jej brat.
- Co ty robisz?! – zapytała przestraszona. – Zejdź stamtąd natychmiast!
- Przepraszam...przeproś Andżelikę, ja nie chcia... – Antek nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo wyskoczył z czwartego piętra wprost na ośnieżony chodnik głównej ulicy miasta.
- Jezu Chryste! – matka chciała jeszcze coś zrobić, ale nie zdążyła. Rzuciła się do okna, z którego było teraz widać tylko roztrzaskaną czaszkę jej brata.
Na zewnątrz zaczął się zbierać tłum, ktoś zadzwonił po karetkę. Matka również wybiegła na zewnątrz, jakby z nadzieją, że można mu jeszcze pomóc. Szlochając, tłumaczyła policjantowi, który przyjechał radiowozem na sygnale, że jej brat był taki dobry, opiekuńczy, że nie wie, dlaczego targnął się na własne życie. I gdzie ona biedna teraz podzieje się z córką? Mundurowy chciał zobaczyć mieszkanie, poszli więc na górę. Czemu jej dziecko wciąż siedzi w pokoju?
- Niech pani zawoła córkę, ona może coś wiedzieć – poprosił policjant.
- Andżelka! Chodź tutaj szybko, kochanie, co ty tam robisz? – drżącym głosem zawołała matka. Mieszkanie wypełniały tylko głucha cisza i grudniowy chłód z wciąż otwartych okien.
- Chodźmy do niej – zaproponował mężczyzna i puścił kobietę przodem. Kiedy pchnęła drzwi do pokoju córki, ich oczom ukazał się straszny obraz: dziecko rozebrane od pasa w dół, z zakrwawionym kroczem leżało bez ruchu, niezauważalnie oddychając. Matka rzuciła się do niej, wywołując u siebie kolejną falę płaczu.
- Przyślijcie mi tu na górę lekarza. Jemu już nic nie pomoże, mam tu ofiarę gwałtu – powiedział policjant przez krótkofalówkę.
- Jedziemy z Sandrą na imprezę integracyjną, sypnij kaską, bo na bilet nie mamy – Andżelika podeszła do matki, którą oszołomił zapach perfum dziewczyny.
- Dziecko, co ty z siebie zrobiłaś?! – matka nie kryła oburzenia, lecz w jej tonie nie było nawet nuty stanowczości. – Jak ty wyglądasz? Gdzie jedziesz?
- Dawaj tę forsę, bo nam pociąg do Wrocka zwieje. No, szybko! – wyrwała z rąk matki torebkę, którą ta trzymała kurczowo przy sobie podczas rozmowy. Wyjęła stuzłotowy banknot i trzasnęła za sobą drzwiami baraku.
- Kiedy wrócisz?

Mieszkały teraz w starym baraku przy oddziale pomocy społecznej. Zajęły tam dwa małe pokoiki z kuchnią i łazienką. Wszystko w rozsypce, przeciekający dach, sypiący się tynk ze ścian, wyblakłe od słońca drzwi, nieszczelne okna. Matka korzystała z zasiłku na siebie  i na córkę, czasami nawet złapała jakąś pracę, ale to przeważnie latem, tak jak teraz. Tylko nigdy zarobiony grosz nie trzymał się jej portmonetki i szybko zajmował ciepłe miejsce w kieszeni Andżeliki.

- Masz? – spytała Sandra dorównując kroku Andżelice, która wypadła z domu jak oparzona.
- Mam. Tylko żebyśmy nie musiały płacić za wszystko, bo wrócimy spłukane.
- Damy radę Andżela! – Sandra poklepała kumpelę po ramieniu i sama poprawiła sobie sukienkę w pasie.
- Świetnie wyglądasz – ciągnęła przyjaciółka. Obie wyglądały dobrze, aż za dobrze na swoje lata.
Andżelika w małej czarnej w białe grochy i fryzurze Marlin Monroe, a Sandra w różowej, letniej spódniczce i bluzce na ramiączkach. Całości dopełniał sylwestrowy makijaż i niezmącona pewność siebie.
Szły przez mały ryneczek swojego miasta, na którym w sierpniowe popołudnie nie brakowało przechodniów. Mijani mężczyźni patrzyli na nie z zaciekawieniem i wydawało im się, że również -z pożądaniem. Wyprostowały się więc bardziej, pokazały swój najładniejszy uśmiech i co jakiś czas puszczały oczko do kolegów ze szkoły. Jeden, siedzący właśnie pod budką  z piwem, z wrażenia zachłysnął się, co wywołało u dziewczyn śmiech.
Tuż przed dworcem minęły je matka z córką. Szły pod rękę i gdy były już kilka kroków za nimi Andżelika usłyszała ich rozmowę:
- Mamo, zagaduj, ile ta blondynka ma lat?
- Jakieś dziewiętnaście, może dwadzieścia, ten makijaż jest mylący – odparła matka.
- Spora pomyłka, ona jest ode mnie rok młodsza, ma piętnaście lat.
- Czego to ludzie z siebie nie zrobią...
Dwadzieścia? Dobry wynik – pomyślała Andżelika, gdy stały już w kolejce po bilet. Oby inni też tak myśleli...

- ...pociąg osobowy z Węglińca wjechał na tor piąty przy peronie trzecim. Podróżnych prosimy o nie wsiadanie do składu. Pociąg pospieszny do Warszawy Wschodniej w dniu dzisiejszym wjedzie na tor siódmy przy peronie czwartym. Przepraszamy za zmiany w rozkładzie...
- No i co teraz? Gdzie idziemy? – Sandra była trochę wystraszona tą cała wyprawą do Wrocławia. Andżelika mówiła, że już nie raz to robiła, ale ona sama nie wiedziałaby, jak się tu odnaleźć.
- Wsiądziemy w tramwaj, a potem kawałek na pieszo i będziemy w klubie. Boisz się?
- Nie, tylko nie jestem pewna, czy chcę...
- Przestań, zaraz jeszcze mi się zaczniesz mazać jak dziecko! Chciałaś ze mną jechać potańczyć, to jesteśmy. Teraz musisz wytrzymać – powiedziała Andżelika i pociągnęła przyjaciółkę za sobą.
Było już ciemno, gdy wchodziły do dyskoteki. Ochroniarz zmierzył je wzrokiem, ale nie sprawdzał im dokumentów tak, jak innym wchodzącym, tylko wpuścił dziewczyny bocznym wejściem. Sandra zdezorientowana patrzyła, jak koleżanka prowadzi ją przez klub, aż doszły do małego stolika  -w nieoświetlonym kącie lokalu. Siedziało tam już dwóch może trzydziestoletnich mężczyzn, ubranych w skóry, z grubą warstwą żelu na włosach. Palili jakieś skręty o nieprzyjemnym zapachu i popijali drinki z kolorowymi parasolkami.
- Andżelka, siemka! – pomachał do niej ciemny blondyn z zajęczą wargą. – Chodź do nas  i przedstaw swoją koleżankę Markowi. – Siedzący obok niego brunet poruszył się nieznacznie na dźwięk swojego imienia.
- Cześć Kuba. To jest Sandra, moja najlepsza kumpela – przedstawiła dziewczynę, która nieśmiało dygnęła, co rozbawiło obu panów.
- Andżela, zatańczmy, a nasze młode gołąbeczki niech się bliżej poznają – Kuba puścił oko do Marka i ruszyli w tany.
Kiedy wchodzili na oświetlony niebieskimi neonami parkiet, było na nim prawie pusto. Dopiero po kilku chwilach zabawa naprawdę się rozkręciła, gdy zagrano szybsze kawałki. Ciało Andżeliki unosiło się jak w transie, falowało i wirowało wśród kroków tłumu. Dała się całkowicie poprowadzić swojemu partnerowi, lecz kiedy ona czuła się upojona samym tańcem, on najwyraźniej dopiero zaczynał się rozkręcać.
Niedaleko baru zaczęła się szamotanina ochroniarzy z pijanym mężczyzną, który nie chciał zapłacić rachunku. Kuba nie zwrócił na to uwagi, poprowadził dziewczynę na zaplecze i zamknął drzwi od wewnątrz, chowając klucz do kieszeni spodni. Machnął ręką w kierunku znanego jej już pomieszczenia i sam powiedział, że wróci za chwilę.
Andżelika weszła do pokoju, który cały był pomalowany na czerwono, a oświetlała go tylko goła żarówka pod sufitem. Na podłodze leżał równie krwisty dywan, a jedynymi przedmiotami w tym pomieszczeniu było łóżko zasłane czarnym prześcieradłem i wiszące nad nim sporych rozmiarów lustro. Nie było tu okien, więc dziewczyna nie mogła wpuścić do środka chłodu wieczoru. Było jej strasznie gorąco, dlatego zaczęła się rozbierać. Prócz sukienki, butów i  bielizny nie miała na sobie nic więcej, zaczęła od sukienki.
Kiedy już oswobodziła się z krępującej ją zbędnej odzieży, wszedł Kuba. Miał na sobie tylko czarny krawat i bokserki, w jednej ręce trzymał butelkę i kieliszki, a w drugiej jakieś tabletki.
- Dzisiaj odlecisz złotko, to ci gwarantuję – powiedział i zbliżył się do dziewczyny, podając jej wino, którym popijała białe pastylki. Rzeczywistość na chwilę ją opuściła, ale tylko do rana.
- Zabieraj swoje łachy dziwko i więcej się tu nie pokazuj! – rozwścieczony Kuba rzucił w nią jej sukienką, gdy ta oglądała swój posiniaczony policzek. Dopiero się obudziła, była chyba piąta nad ranem, ale ona nie pamiętała nic z wydarzeń wczorajszej nocy. – Piętnastolatka! To pięknie! Jak na mnie naślą prokuratora za wykorzystywanie nieletnich, to już nie żyjesz.
- Dawaj kasę i już mnie nie ma. Umawialiśmy się: tylko seks, a  już nigdy mnie nie zobaczysz.
- Ja ci dam kasę, chyba musiałbym na głowę upaść. Zmywaj się stąd. Tyle samo jesteś warta, co ta twoja koleżanka, cnotki się znalazły...
Andżelika pobita i rozczochrana szła ulicami Wrocławia, a w jej głowie był tylko szum. Ciężko kojarzyła fakty, nie widziała też, gdzie znaleźć Sandrę. Powolnym krokiem doszła do dworca kilka minut przed odjazdem pociągu. Na peronie siedziała jej przyjaciółka w rozciągniętej bluzce i rozmazanym makijażu. Wyglądała jak zagubione małe dziecko.
- Dlaczego mi to zrobiłaś? Po co mnie tam zabrałaś? – Sandra zaczęła szlochać na widok koleżanki.
- Chciałaś się zabawić, chciałaś zarobić. Tak to robię od dwóch lat, nie znam innego sposobu.

- Andżelika, czy ty w ogóle myślisz dziewczyno? Słyszysz, co do ciebie mówię? – Andżela siedziała w ławce z zamglonymi oczami i chciała, żeby wszyscy dali jej wreszcie święty spokój. Miała bardzo ciężką noc za sobą...
- Tak, słyszę cię, stary zgredzie. Jak ci zrobię loda, to mnie przepuścisz do następnej klasy? – zapytała z ironią, na co nauczyciel matematyki kazał jej wyjść. I bardzo dobrze. Przynajmniej przespaceruje się po świeżym powietrzu, zamiast dusić się z tymi nieżyciowymi bachorami.
Szła ulicą w pełnym, czerwcowym słońcu. Już za chwilę wakacje, może jakaś letnia przygoda mnie czeka – marzyła dziewczyna. Jej zielona sukienka była przykrótka, ale na takie upały doskonała. Zamyśliła się, patrząc na swoje nogi. Jakiś samochód zahamował przed nią z piskiem opon. Sama nie wiedziała, kiedy zeszła z chodnika. Kierowca, który o mało jej nie przejechał, otworzył okno i krzyknął kilka niecenzuralnych słów. Ona pokazała mu tylko środkowy palec i szła dalej.  Przed sobą zobaczyła słup z ogłoszeniami i coś ją podkusiło, żeby przeczytać jedno duże na żółtym tle:

Dom Kultury zaprasza
na przesłuchanie do młodzieżowego teatru.
Pierwsze spotkanie 18 czerwca o godzinie 15.00.

Andżelika pomyślała, że może to być bardzo zabawne i nie zaszkodzi spróbować. Skoro nie musi już siedzieć na lekcjach... Miała kwadrans na dojście na miejsce. Zdąży. Ruszyła pędem przez park  i rozkopaną budowę.
Pierwszy raz nie musiała przed nikim uciekać, tylko biegła dla własnej przyjemności. I to było nawet przyjemne.

- Witamy wszystkich na przesłuchaniu. Cóż, nie sądziłem, że będzie was aż tyle...
- Dzień dobry! – wysapała Andżelika, wpadając do sali jak burza.
- Dobry, dobry, witamy jeszcze raz – młody blondyn w sztruksach i kraciastej koszuli uśmiechnął się do wszystkich i zaczął im tłumaczyć, po co się tu zebrali. Śmiesznie przy tym gestykulował, jakby dopiero wyszedł z próby kabaretu.
- Skoro tu jesteście, pewnie interesuje was gra aktorska, a może nigdy się z tym jeszcze nie zetknęliście. Nazywam się Jarek. Potrzebuję kilkunastu aktorów, ale pomocnicy również się przydadzą, więc myślę, że każdy wyjdzie stąd z jakąś nową rolą. Rozdam wszystkim fragmenty scenariusza mojej koleżanki. Chciałbym, żeby to była podstawa do naszego pierwszego wspólnego przedstawienia.
Wszyscy bardzo poważnie podchodzili do swoich wystąpień. Gdy przyszła kolej na Andżelikę, inni – czekający jeszcze na przesłuchanie – umilkli, a Jarek poświecił na nią małym reflektorem. Dziewczyna zaczęła czytać swój tekst:
- Kiedy miałam trzynaście lat moje ciało zostało zgwałcone, a dusza zamknięta w łupince od orzecha. Jestem dziwką, nastoletnią dziwką, bez przyszłości, pozbawioną miłości, tylko dziwką – kolejne słowa odbierały jej mowę, łzy spływały po jej umalowanych policzkach. – Czy jakieś drzewo będzie mogło wyrosnąć z tej łupinki? Czy marnie uschnę? – Jarek przerwał jej monolog głośnymi oklaskami, zbliżył się do niej i pełnym przejęcia szeptem oświadczył:
Masz tę rolę. Główną rolę.




“MIROSŁAW”

ZWYCIĘSTWO

Małą dziewczynkę, może trzyletnią, zostawiono, by pilnowała braciszka  niespełna rocznego. Rodzice przytroczyli małego szeleczkami do kołyski. Sami poszli w pole. Drzwi zatknęli tylko skoblem, wtedy tak się robiło na wsi. W domu nie było nic  tak wartościowego, by sąsiedzi to chcieli mieć – to samo zresztą mieli wszyscy, no prawie to samo. Przy tym rodzina mieszkała na kolonii – tak ludzie nazywali domy stojące w pewnym oddaleniu od wioski – to kto by tam zaglądał. A obcy bywali w tych okolicach niezwykle rzadko, bo miejscowość była położona prawie na końcu świata.
Było lato. Nudno jej było siedzieć samej z niemym i jeszcze unieruchomionym dzieciątkiem, więc hyc przez okno, choć było podparte kołkiem i dość daleko do ziemi, ale co to za przeszkoda dla żądnej zabawy dziewuszki. Obok, może ze trzysta metrów dalej, też mieszkający na kolonii, bawili się jej kuzyni i kuzynka.
Były to bardzo zdolne dzieci, szczególnie chłopcy. Nie mieli zabawek, bo nikt z dorosłych ani myślał, tam i wtedy, intresować się, czym to ich dzieci zabawią się, kiedy oni będą pracować. Chłopcy wystrugali więc sobie traktory, przyczepy, traktorzystów; dziewczynkom laleczki, łóżeczka. Kukiełki miały ruchome nogi i ręce, fruwające na drucikach. Nie powstydziłyby się tych cudeniek nawet teatry lalkowe. Co to były za zabawy: w dom – pokoje przedzielone kamykami, meble to klocki wycięte przez chłopaków ( niech się obecne klocki “Lego” schowają), łóżka przykryte kapami z płatków kosmosów (to takie pospolite kwiatki wiejskie) i róży jadalnej (z jej płatków ucierało się konfitury do pączków); w godpodarstwo – inwentarz ulepiony z gliny, z nogami z patyczków, zagrody z plecionych witek wierzbowych i brzozowych, których całe zagajniki rosły dookoła. Czas mijał niepostrzeżenie.
Nagle, dzieci spostrzegły i wołają:
- Twój tato idzie!
Szedł powoli rozglądając się.  Ręce trzymał z tyłu. Oj, zrobiło się niebezpiecznie, bo cóż tam mógł mieć, skoro zwiało się z domu i zostawiło brata ?! Mała biegiem, kryjąc się za stodołami, wróciła na swoje podwórko. Wiedziała jednak, że witka brzozowa lub pas schowane za plecami ojca jej nie ominą. Niewiele namyślając się schowała się do kurnika. Weszła otworem dla kur. Tylko tamtędy można było dostać się do środka.
Ojciec dziewczynki wrócił, porozglądał się, nigdzie nie zauważył dziecka, więc zajął się swoimi wieczornymi pracami. Wszyscy przyszli z pola, zaczęło się  ściemniać, a dziecka  nie było. Zaniepokoili się i rozpoczęli poszukiwanie. Zaglądali w różne zakamarki, nawoływali – i nic, dziecko zniknęło! Przestraszli się! Wtedy ktoś zajrzał do kurnika. Tu była!
- Wyłaź! - z wściekłością rozkazał ojciec.
- Nie wyjdę! - mówiła mała.
- Wyłaź, bo dostaniesz! - poparła ojca matka.
- Dlatego nie wyjdę! - upierała się dziewczynka.
- To siedź tam całą noc! - złościli się rodzice.
- Będę siedzieć! - pyskowało dziecko.
Bezradni i poirytowani rodzice zaczęli powoli ustępować:
- No! Wychodź, nic ci tata nie zrobi.
- To niech sam to powie! - nie ustępowała dziewuszka.
Zrobiło się już bardzo późno, więc ojciec dla świętego spokoju, solennie przyrzekł, że tym razem ujdzie to jej na sucho. Mała z ociąganiem, ale wyszła wreszcie. Dorośli czuli się nieco skrępowani i zażenowani tym, że dziecko postawiło na swoim, a oni musieli ustąpić. Nic nie mówli, uśmiechali się tylko jakoś dziwnie. Bracia powstrzymywali się od śmiechu, szkoda im bowiem było rodziców, którzy i tak mieli niewyraźne miny. A ona miała twarzyczkę wniebowziętą, bo choć śmierdziało kurnikiem, ale było to jej pierwsze wielkie zwycięstwo i to nad kim! - nad dorosłymi.

Strzelin, 21 lipiec 2009 r.

“MIROSŁAW”

ZAMIAST WIERSZA, ABY SIĘ NIE ZMARNOWAŁO

Sezon ogórkowy – katorga sfrustrowanych gospodyń.
Robić czy nie robić? - oto jest pytanie.
A jednak – robić!

Weź:
jedną szklankę octu,
dodaj też szklankę cukru i łyżkę soli,
pięć szklanek wody i pięć łyżek musztardy,
zagotuj.

Weź:
ogórki, tyle by wystraczyło na pięć półlitrowych słoików
obierz, pokrój, wydrąż nasiona,
zalej i dziesięć minut
gotuj.

Jedni mówią – pyszne!
Inni szepczą – paskudztwo.
A ja wzdycham – “ciernista to sztuka”*

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*cytat z listu do Luise i Frances Norcross, “początek sierpnia 1884”
E. Dickinson: “List do świata”, str. 204, Wyd. “Znak” Kraków 1994


Sierpień 2009, Strzelin

EWA WOJTKÓW

MYŚLI ZNAD GARNKA.
PRACA NIE POWINNA BYĆ OPŁACANA.


Z perspektywy gospodyni domowej, która codziennie z miłością przygotowuje dla swojego nowonarodzonego dziecka kolejną porcję kaszki na mleku, świat przedstawia się zupełnie inaczej.
Zdaję sobie sprawę z tego, że praca z dzieckiem nie zawsze jest wdzięcznym zajęciem. Wiadomo, niestłumiony jeszcze konwenansami dziecięcy egoizm nie daje nam odczuć satysfakcji, często nawet  sprawia zatroskanej mamie wiele przykrości. Trudno więć oczekiwać od dziecka jakiejkolwiek zapłaty. Uśmiech, drobny gest miłości w postaci przytulenia się do rodzica jest przecież na tyle spontaniczny i bezinteresowny, że nie wpisuje się w zależność: praca – zapłata. Bo zapłata zawsze jest nastawiona na “interesowność”. Nikt o zdrowym rozsądku nie daje nam przecież zapłaty nie oczekując niczego w zamian.
A tak w ogóle myślę, że za pracę nie powinno się pobierać wynagrodzenia. Pojęcie pracy należy rozumieć jako wykonywany nakład działania  oraz ukierunkowany wysiłek. Jej wyrazem jest produkt, wytwór materialny, duchowy lub biologiczny, twórczo powstały. Obecnie zgodnie z niepisaną umową społeczną stanowi on podstawę do oceny wykonywanej pracy przez człowieka. Praca ludzka ma zróżnicowany charakter. Wytworem jej jest szeroko rozumiana kultura. Organizm człowieka pozostaje stale w gotowości do spełnienia każdego z zadań życiowych poprzez zmysły dotyku., zapachu, smaku, wzroku, a także przez przemianę materii. Gdy zaistnieje taka potrzeba określona część organizmu ludzkiego wykona jak najlepiej pracę bez  zapłaty. Praca jest niezbędna dla funcjonowania w makro i w mikroświecie społeczeństwa. Nie powinna się zamykać w ramach równania:

fałszywka za fałszywkę = łapóweczka
praca   –    płaca       = administracja
przepisy


Praca organów wewnętrznych warunkuje życie człowieka. Nie płacimy za to, że żyjemy. Chcemy poznawać nasze otoczenie. Poznanie to stanowi wartość, czyli życie, które indywidualnie, w różnorodnym stylu i w uczciwy sposób prowadzimy. Należy więc opłacać naszą chęć do życia, energię, z którą wchodzimy w świat człowieczy, relacje międzyludzkie, które wpływają na poziom bytu, także na sposób naszego myślenia. Życie i jego złożoność, a nie jak dotychczas praca, powinno być poddane stałej, konstruktywnej analizie, biorąc pod uwagę jego:

spójność
intensywność
kreatywność

żeby móc odpowiedzieć sobie na pytania:

kim jesteśmy
po co
i dlaczego żyjemy ?

Tym samym istnieje możliwość jednostkowego zaistnienia w rzeczywistości, w której status człowieka nie będzie budowany poprzez otrzymaną zapłatę za pracę.


A więc praca nie powinna być opłacana!




Ostatnia zmiana Czwartek, 19. Listopad 2009 10:00